Czemu służy prawdziwy rozwój? - Grzegorz Baczewski

Czemu służy prawdziwy rozwój?

Sam korzystam z wielu narzędzi współczesnego rozwoju osobistego i uważam je za wartościowe. Jednak zauważyłem, że mogą prowadzić do izolacji. W czterech krótkich tekstach przyglądam się temu, jak dbanie o ciało, psychologia i duchowość mogą stać się ucieczką – i czemu tak naprawdę służy rozwój.

Czy da się zbiohackować samotność?

Od dłuższego czasu eksperymentuję z własną biologią. Jest w tym coś fascynującego. Zimny prysznic, morsowanie, świadomy oddech, joga, saunowanie, pilnowanie rytmu snu potrafią niesamowicie poprawić jakość życia. Dbanie o ciało i układ nerwowy to nie fanaberia – to baza.

Problem zaczyna się wtedy, gdy z narzędzia robimy „religię” bez głębszego sensu.

Widzę to coraz częściej. Biohacking z narzędzia służącego poprawie życia staje się celem samym w sobie. Tworzymy idealnie wyregulowane organizmy, pilnujemy kortyzolu, mierzymy HRV, stwarzamy sterylne warunki… i z tym całym zapasem wypracowanej energii zamykamy się w czterech ścianach.

Wyoptymalizowaliśmy maszynę, ale zapomnieliśmy, po co właściwie została zbudowana.

Ciało i układ nerwowy nie potrzebują spokoju tylko po to, żeby trwać w idealnym, laboratoryjnym stanie. Potrzebują regulacji, żebyś miał(a) z czego brać, gdy wychodzisz do ludzi. Żebyś miał(a) cierpliwość do partnera czy partnerki, obecność dla dzieci, odwagę do budowania trudnych, ale głębokich więzi.

Jeśli biohacking służy Ci tylko do wyhodowania odizolowanego od świata „super-ja”, to już nie jest rozwój. To po prostu zaawansowana ucieczka przed trudnościami.

Prawdziwy test Twojej biochemii nie odbywa się w cichym pokoju przy czerwonym świetle. Odbywa się w biegu, w hałasie i w konfrontacji z drugim człowiekiem.

Biologia jest ważna. Ale to tylko fundament pod coś znacznie większego: pod autentyczne życie, w kontakcie ze światem i z innymi ludźmi.

Psychobunkier. Szukasz uzdrowienia czy uciekasz przed ludźmi?

Przez lata korzystałem z terapii – indywidualnej i grupowej. Staram się amatorsko zgłębiać też psychologię. Uważam, że samoświadomość to jedna z ważniejszych rzeczy, jakie możemy sobie dać. To ona powinna stać u progu podejmowanych działań. Umiejętność nazwania swoich emocji, rozpoznanie schematów z dzieciństwa i nauka stawiania granic – bez tego trudno w ogóle mówić o dojrzałym życiu.

Ale tutaj też łatwo wpaść w pułapkę.

Język terapeutyczny stał się dziś bardzo popularny. To znak nowych czasów zagłębienia w ludzką psychikę, przejścia od działania w kierunku rozumienia. Tylko że moim zdaniem coraz częściej jest używany jako tarcza.

Hasła w stylu „to przekracza moje granice”, „nie mam na to przestrzeni” czy przyklejanie innym łatek „toksyczności” bywają po prostu ucieczką przed trudną rozmową.

Odcinanie „toksyków”, „narcyzów” czy unikanie osób z „niebezpiecznym stylem przywiązania” bywa unikaniem konfrontacji z tym, co trudne w nas samych. Mówiąc wspomnianym językiem: przed własnym cieniem.

Używamy psychologii, żeby stworzyć sobie strefę absolutnego komfortu. Odcinamy tych, którzy wymagają od nas wysiłku, konfrontacji albo pójścia na kompromis.

Tyle że stawianie granic nie powstało po to, żeby odizolować się od świata. Powstało po to, żeby nauczyć się w tym świecie funkcjonować – z ludźmi, którzy są różni, czasem trudni i zawsze niedoskonali.

Samoświadomość jest cenna. Ale prawdziwy test dojrzałości nie polega na tym, jak sprawnie potrafisz odcinać innych. Polega na tym, jak zdrowe relacje potrafisz zbudować pomimo dyskomfortu.

Bo w końcu drugi człowiek jest dla nas lustrem. Jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś w nim zaakceptować, to bardzo często znak, że pokazuje nam dokładnie to, z czym nam samym jest źle.

Duchowość czy odlot?

Praca z duchem, medytacja, poszukiwanie sensu poza materią – to obszary, które potrafią dać człowiekowi niezwykłą głębię i pion w życiu. Szanuję to i, na ile potrafię, szukam wymiaru, który wykracza poza materializm i zwykłą codzienność.

Ale i z duchowości też można sobie zrobić drogę do ucieczki przed światem.

Dostrzegam czasem takie wypaczenia w trendach ezoterycznych i nowo-duchowych. Ludzie zaczynają żyć „wysokimi wibracjami”, medytują, rozmawiają ze Wszechświatem, szukają kosmicznego połączenia… a jednocześnie, jakoś paradoksalnie, nie potrafią usiąść do trudnej rozmowy przy rodzinnym stole.

Sam po sobie zauważyłem, jak łatwo – kiedy ktoś ma inne zdanie i próbuje mnie sprowadzić na ziemię – przychodzi mi uznać go za „nieświadomego” czy „przyziemnego”.

Mam wrażenie, że duchowość może stać się wyrafinowanym znieczulaczem. Narzędziem do budowania poczucia wyższości nad „zwykłymi śmiertelnikami”.

Tyle że prawdziwa duchowość nie polega na ucieczce z Ziemi w bezpieczne odosobnienie. Nie powinna być też narzędziem pompowania ego.

Prawdziwe „oświecenie” sprawdza się w prozie życia. W tym, jak traktujesz człowieka obok siebie, gdy opadną dymy z kadzideł, a piękne słowa spotykają się z prawdziwymi problemami.

Szukanie głębi ma sens tylko wtedy, gdy pomaga nam lepiej żyć tu i teraz. Z ludźmi, w grupie, w realiach dnia codziennego.

Miłość nie bierze jeńców

Pułapką jest myślenie, że jeśli dostatecznie dobrze naprawimy siebie w samotności, wreszcie osiągniemy bezpieczne życie. To iluzja. Nie jesteśmy projektami do naprawy. Człowieczeństwo nie rozwija się w samotności.

Kiedy antropolożkę Margaret Mead zapytano o pierwszy dowód na powstanie cywilizacji, nie wskazała wytworów kultury, broni ani narzędzi. Wymieniła liczącą kilkanaście tysięcy lat złamaną i zrośniętą kość udową. W naturze złamana noga to wyrok śmierci. Fakt, że ta kość się zrosła, oznaczał jedno: ktoś przy tym człowieku został. Opatrzył go, przynosił wodę i chronił przez tygodnie.

Nasze człowieczeństwo nie zaczęło się od technologii czy umiejętności samotnego przetrwania. Zaczęło się od bezinteresownej troski. Od miłości.

Dlaczego dziś tak bardzo się jej boimy? Bo traktujemy relacje transakcyjnie. Wychodzimy do ludzi z oczekiwaniami, szukając czegoś, co pozwoli zbudować nasz komfort. A kiedy rynek tych oczekiwań zawodzi – uciekamy w samotność i budujemy mury.

Dojrzałość zaczyna się tam, gdzie przestajemy handlować obecnością. Kiedy dajesz coś z siebie bez żądań, jesteś jak deszcz, który cieszy się z rosnącej trawy. Deszcz nie wymaga od trawy, żeby rosła. Nie pada po to, żeby wymusić jej wzrost. Pada, bo jest deszczem.

Dojrzałość to robienie tego, do czego zostało się powołanym, a nie tego, co ma odpowiednią „stopę zwrotu”. Ktoś Twój dar przyjmie, ktoś inny odejdzie, ale to nie neguje Twojej wartości. Twoja wartość wynika z tego, kim jesteś – a tego, kim jesteś, dowiadujesz się dopiero w odbiciu drugiego człowieka.

Prawdziwa miłość nie bierze jeńców ani nie wymaga opłat. Nie zamyka w klatce oczekiwań ani nie robi z nas zakładników lęku przed odrzuceniem. Ale też nigdy nie przestanie dążyć do relacji.

Żaden biohacking, psychologiczny pancerz ani samotny odlot w kosmos nie zastąpią tego, co dzieje się w kontakcie z ludźmi. Dlatego prawdziwa i dobra zmiana w życiu nigdy nie dzieje się w pojedynkę.

Prawdziwa rewolucja rodzi się we wspólnocie.

Jeśli ten temat jest Ci bliski, zobacz też: Coaching przy wypaleniu i zmianie kariery.